single

Powrót do « Biblioteczka

Czy ktoś widział piersi Partii?

Gazeta Wyborcza, 25.09.2011

Lio Yiwu, pisarz, zdradził swój kraj, wyjeżdżając. W związku z tym Chiny nie potrzebują takiego obywatela – z Liao Yiwu rozmawia Agnieszka Wójcińska 

W swojej książce “Prowadzący umarłych”, która w tym roku ukazała się w Polsce, rozmawia pan z ludźmi, których w Chinach nikt nie słucha.

– Chciałem dać głos tym, którzy są podstawą naszego społeczeństwa, a na których nikt nie zwraca uwagi. To, co władze chińskie chcą pokazać Zachodowi, cały ten rozwój gospodarczy, to tylko warstwa zewnętrzna. Pod spodem są właśnie tacy ludzie jak ci, o których piszę. Oni są bazą.

A dlaczego pan ich słuchał?

– Zaczęło się, gdy na początku lat 90. siedziałem w więzieniu. Ja, inteligent, poeta, człowiek, którego przedtem interesowała głównie literatura, trafiłem do celi z mordercami i złodziejami. Opowiadali historie o tym, co zrobili. Byłem skazany na ich słuchanie, choć wcale tego nie chciałem. Nie chciałem wiedzieć, jak ktoś zamordował swoją rodzinę albo co zrobił ze zwłokami. Ale nie mogłem im powiedzieć, żeby się zamknęli. Gdy kilka osób siedzi w jednej celi, relacje między nimi bardzo się zacieśniają. Budzisz się i masz przed sobą twarz innej osoby tak blisko, że bliżej nie można. I nic nie możesz na to poradzić. Ludzie rozmawiają choćby z nudów. Z początku w ogóle nie rozumiałem, co do mnie mówią. Używali języka prostych ludzi pomieszanego ze slangiem więziennym, całkiem różnego od tego, którym ja się posługiwałem. Czułem się trochę jak teraz w Polsce, gdy nie znam polskiego.

Spisanie potem tych historii było rodzajem odreagowania, chciałem je w ten sposób z siebie wyrzucić.

Ale po wyjściu z więzienia dalej rozmawiał pan z prostymi ludźmi.

– Bo okazało się, że moi przyjaciele: poeci, intelektualiści, boją się ze mną kontaktować. Zacząłem szukać kompanów do rozmowy gdzie indziej.

Dlaczego nieznani ludzie panu zaufali? Chińczycy chyba nie są za bardzo skłonni opowiadać o sobie obcym?

– Zawsze pytali: dlaczego chcesz to wiedzieć, po co ci to, kim ty w ogóle jesteś? Wtedy opowiadałem im o swoim życiu: o tym, że siedziałem w więzieniu, że się rozwiodłem. Dziś rozwód nie jest już w Chinach niczym szczególnym, ale jeszcze w latach 90. był bardzo źle widziany, degradował. I oni zaczynali patrzeć na mnie z góry, bo nie mieli takich upokarzających doświadczeń. Nawet prostytutka uważała się za kogoś lepszego, mówiąc, że co prawda sprzedaje swoje ciało, ale nic nie powiedziała mężowi, więc nie jest rozwódką. Więc oni opowiadali mi o sobie z poczuciem, że pokażą mi, jak żyć. Kiedyś chciałem porozmawiać z przedsiębiorcą pogrzebowym, człowiekiem, który robił makijaż zwłokom. Zupełnie nie był skłonny do rozmowy. Dowiedziałem się jednak, że lubi alkohol. Więc choć sam nie piłem zbyt często, kupiłem butelkę niedrogiej, dość mocnej wódki i poszedłem do niego. Miał mocną głowę, w przeciwieństwie do mnie. Mnie już po pierwszym kieliszku zakręciło się w głowie, ale piliśmy dalej, aż w końcu upiłem się tak, że spadłem z krzesła. Siedem razy tak się z nim spotykałem i za którymś razem makijażysta zwłok zaczął mówić sam do siebie. Pewnie myślał, że na drugi dzień nie będę nic pamiętać. Ale udało mi się zapamiętać i potem zapisać to, co mówił o swoim życiu.

Wśród 27 bohaterów książki “Prowadzący umarłych” jest kierownik szaletu publicznego, handlarz ludźmi, ale też kompozytor, nauczyciel czy emerytowany urzędnik państwowy, przedstawiciele zawodów szanowanych na Zachodzie. Co sprawia, że pan zalicza ich do marginesu społecznego?

– Chiny to są Chiny. Nie ma sensu odnosić do nich zachodnich realiów. To błąd w myśleniu. Polityka partii komunistycznej od dojścia do władzy w 1949 roku była taka, żeby intelektualiści znaleźli się w hierarchii społecznej niżej niż zwykli robotnicy. Postanowiono ich stłamsić, żeby ludzie myśleli w sposób prosty, nie zastanawiali się nad rzeczywistością, w jakiej żyją, ani nad tym, czy polityka partii jest dobra, czy zła. Mój ojciec, intelektualista, mieszkający w mieście nauczyciel klasycznej literatury chińskiej, został uznany za prawicowca i zniżony do tej dolnej warstwy. Zesłano go na wieś, gdzie został poddany reedukacji. Sytuacja intelektualistów w Chinach cały czas tak wygląda. Ja też w zasadzie jestem niżej niż ktoś, kto sprzedaje warzywa na targu albo robotnik. Ich policja nie uważa za zagrożenie, nie interesuje się nimi. Mną tak.

Wystarczy być intelektualistą, by znaleźć się na samym dole?

– W Chinach pozycja społeczna jest płynna. W każdej chwili może się zmienić, jeśli wejdziemy w konflikt z władzą. Nawet nie konflikt, wystarczy, że władzy coś się nie spodoba w nas albo że zaczniemy ją krytykować. Z wysokiej pozycji profesora wyższej uczelni możemy spaść do najniższej klasy, bo władza powie – od tej pory masz zakaz pracy na uczelni, pracuj jako robotnik albo rób cokolwiek innego. Można być chirurgiem, lekarzem, czyli osobą bardzo cenioną w społeczeństwie, a nagle okazuje się, że możemy co najwyżej myć okna. Ale wiem, że w Polsce czy Czechach też był taki okres, gdy ludzie z pozycji intelektualistów spadali do pozycji robotników albo stawali się bezrobotni, bo władza zakazała im pracy w zawodzie.

Spośród opisanych przez pana historii poruszyła mnie i opowieść buddyjskiego opata pozbawionego świątyni, i kompozytora, który wspomina kobietę podającą mu miseczkę wody po tym, gdy kilka godzin klęczał związany w czasie sesji publicznych oskarżeń, i żony szefa powiatu narodowości Yi, której zamordowano ponad dziesięcioro członków najbliższej rodziny. Ale najbardziej zostało mi w pamięci to, co mówi pan Feng, który jako młody chłopak, bardzo silnie oddany Partii, został z niej wyrzucony i napiętnowany jako prawicowiec za miłość do kobiety z rodziny burżuazyjnej. Ponad 70-letni dziś pan Feng czuje, że wybierając kobietę postąpił słusznie, i dodaje: “Przyłączyliśmy się do partii komunistycznej, żeby nam się lepiej żyło ( ) Ta podstawowa idea została w czasach Mao całkowicie wypaczona. Mówiło się tylko o abstrakcjach, takich jak Partia czy Lud. Życie osobiste było uważane za coś hańbiącego. Ale ani z Partią, ani z Ludem nie można się ożenić, prawda? Na każdym kroku słyszeliśmy takie bzdury jak: taki-a-taki został wykarmiony przez Partię i Lud. A czy ktoś widział kiedyś piersi Partii?”.

Która historia zrobiła największe wrażenie na panu?

– Pisząc, cały czas miałem w pamięci swoje doświadczenia, do nich się odnosiłem. Najbliższa jest mi opowieść kasiarza. Rozmawiałem z nim w więzieniu, gdzie czekał na wykonanie kary śmierci. Opowiadał mi, jak uciekał z więzienia, gdy aresztowano go poprzednim razem. Ja też nie raz myślałem, jak się wydostać z Chin, szukałem na to sposobów. Może nawet się czegoś od niego nauczyłem?

Jego opowieść o ucieczce brzmi niemal jak streszczenie filmu sensacyjnego: uciekł przez latrynę, nurkując w odchodach, przebrał się w strój sportowy i uniknął pościgu, chowając się w kostnicy. Został złapany przy kolejnych kradzieżach i skazany na śmierć. Jego historię opisał pan, gdy nie żył już od siedmiu lat. Co pan może mieć z nim wspólnego?

– On był prawdziwym przestępcą, ukradł pieniądze, ja nie zrobiłem nic złego, ale zostałem uznany za przestępcę politycznego. To nas różniło. Ale z drugiej strony te pieniądze nie miały żadnego znaczenia. Posiadał je, ale koniec końców nie był w stanie ich użyć, nic za nie nie kupił. To ma dla mnie wymiar symboliczny. Co z tego, że mamy dobra materialne, skoro nie mamy wolności. Mimo że kasiarz uciekł z więzienia, cały czas w nim był, bo nie był wolny duchem. Tak samo ja. Mimo, że po odsiedzeniu wyroku wyszedłem z więzienia, cały czas nie mogłem korzystać z wolności.

Pan sprawia jednak wrażenie człowieka o daleko posuniętej wewnętrznej wolności.

– Musiałem się tego nauczyć. Każdy Chińczyk jest pozbawiony tej wolności czy to w relacjach rodzinnych, czy w pracy, czy kiedy znajdzie się na jakimś rządowym stanowisku. Mówiąc w przenośni, Chiny są wielkim więzieniem.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Nasi Partnerzy